"(...) I did nothing. I did absolutely nothing, and it was everything that I thought it could be" - Peter Gibbons w "Office Space".
Wyjazd był pomysłem stulecia. My, psy, sernik i CISZA przerywana trzaskaniem drewna w kominku. Spokój. Oglądaliśmy sobie Dextera, graliśmy w chińczyka i łaziliśmy z psami. Trzy dni kompletnego lenistwa - coś pięknego . Telefon wyłączone, życzenia złożyliśmy jeszcze przed wyjazdem, uprzedzając lojalnie, że w Bieszczadach może nie być zasięgu. Cóż, nie było :)
Psy się wyluzowały razem z nami. Gaja spała w łóżku (wyjątkowo) i się jej podobało tak bardzo, że wolała spać niż robić cokolwiek innego. Lupek spał na sofie, kiedy nikt nie patrzył. A potem miał głupią minę, jak się mu pokazywało dowody rzeczowe w postaci blond futra, ładnie kontrastującego z czerwienią sofy... A na jednym ze spacerów prawie upolował strusia - polowanie ma w genach i lokalne bażanty albo się wyniosły, albo dostały ciężkiej nerwicy.. Na szczęście jeszcze żadnego nie upolował, ale nie ustaje w wysiłkach. A teraz znalazł strusia. Znaczy myślimy, że to struś - był za daleko na jednoznaczną ocenę, ale jeśli coś ma dużo ponad metr wzrostu, czarno-biały kuper i porusza się skacząc, szybciej niż Lupek... to pewnie jest to struś. Zresztą widok pędzącego Lupka każdemu może dodać prędkości, on dość duży jest i jak się go nie zna... W zasadzie odpowiedzią na zagadkę "co wygląda jak struś i skacze po polu" może równie dobrze być "sołtys, który przegrał zakład", ale... nie twórzmy teorii spiskowych :)